Jeszcze nie tak dawno euro było wymieniane jako pretendent do zajęcia miejsca amerykańskiego dolara, jako głównej światowej waluty rozliczeniowej. Jeszcze więcej głosów na ten temat było słyszanych na przełomie marca i kwietnia ubiegłego roku, kiedy to Rezerwa Federalna rozpoczęła skupowanie obligacji skarbowych. Proces, w terminologii finansowej nazwany quantitative easing, polega w zasadzie na dodrukowaniu tak wielkiej ilości pieniądza, czyli de facto obniżeniu jego wartości. Takie działania podejmowane są w momencie, kiedy stopa procentowa jest równa lub bliska zeru i nie istnieje możliwość dalszego jej obniżania. Swoją drogą quantitative easing można uznać za proces, który ma uniemożliwić wystąpienie deflacji w gospodarce.
Problemy takich krajów jak Grecja, Hiszpania i Portugalia doprowadziły do momentu, w którym Europejski Bank Centralny zdecydował się na podobne kroki jak ponad rok wcześniej jego amerykański odpowiednik. Można uznać, że powody takiego działania były jednak nieco inne, niż w przypadku Rezerwy Federalnej. Jeszcze w kwietniu obligacje skarbowe emitowane przez Grecję były na tyle ryzykownym aktywem, że musiały w końcu przyciągnąć rzeszę spekulantów. W niektórych momentach rentowność obligacji dziesięcioletnich grubo przekraczała 10 proc., a rentowność obligacji dwuletnich nawet 24 proc. Grecja po takim koszcie zadłużać się po prostu nie mogła, w związku z czym Europejski Bank Centralny zdecydował się na masowe skupowanie papierów dłużnych tego kraju na rynku w celu ograniczenia ich rentowności. Sytuacja ta wymagała oczywiście konieczności dodrukowania pustego pieniądza, czyli dokonania czegoś na szkodę euro.
Ciekawy jest fakt, że Jean-Claude Trichet zdecydował się na taki krok dokładnie w tym samym momencie, w którym choćby Angela Merkel mówiła o konieczności ochrony wspólnej waluty. Stworzenie pakietu stabilizacyjnego o wartości blisko biliona euro, który mógł doprowadzić do większej stabilizacji kursu europejskiej waluty zostało więc od razu zniwelowane decyzją Europejskiego Banku Centralnego. Nic dziwnego nie ma więc w opinii części niemieckich polityków, według których nastał czas, aby Jean-Claude Trichet zrezygnował z pełnienia swojej funkcji. Ostatnia jego decyzja, pomimo faktycznego udzielenia pomocy krajom peryferyjnym poprzez ograniczenie rentowności ich obligacji, okazała się być niezbyt dobra z punktu widzenia wspólnej waluty. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że o odejściu szefa Europejskiego Banku Centralnego mówią wyłącznie Niemcy, dla których słabe euro, ze względu na znaczny udział eksportu w gospodarce, jest bardzo dobrym sygnałem.
Kondycja euro prezentuje się w obecnie coraz gorzej, a obserwowany kurs względem dolara ostatni raz znajdował się na podobnym poziomie w 2006 roku. Spadki potęgowane są jeszcze bardziej nastawieniem największych banków działających na rynku walutowym. UBS AG oraz Barclays, zajmujące odpowiednio drugie i trzecie miejsce na świecie pod względem generowanych obrotów na rynku walutowym, jeszcze w tygodniu, w którym podjęto decyzję w sprawie pakietu stabilizacyjnego, twierdziły, że kurs EURUSD będzie zmierzał w kierunku 1,2000. Tydzień później UBS AG, pod wpływem dalszej gwałtownej deprecjacji euro, dokonał korekty swoich przewidywań i wskazał jako docelowy poziom 1,1500. Jeszcze dalej posunął się BNP Paribas, który stwierdził, że w pierwszym kwartale 2011 roku można spodziewać się spadku kursu EURUSD do parytetu. Część inwestorów była nastawiona na obronę dołków z 2009 roku, jednak ta sztuka się nie powiodła.
Warto odnotować poziom otwartych ”niekomercyjnych” pozycji na głównej parze walutowej. Wielkości te pokazują ile jest otwartych długich i krótkich pozycji przez grupę największych inwestorów. 14 maja na rynku znajdowało się ponad 154 tys. otwartych krótkich pozycji. Spekulacyjna pozycja netto, obrazująca różnicę pomiędzy długimi i krótkimi pozycjami wskazywała natomiast, że tych drugich jest aż o blisko 114 tys. więcej. Liczby te pokazują na co nastawiają się najwięksi inwestorzy – jedyną drogą wydaje się więc dalsze osłabienie wspólnej waluty. Czy w przeciągu roku dojdziemy do parytetu? To się jeszcze okaże.
Tezy, jakoby euro miało niebawem przejąć rolę głównej waluty rozliczeniowej, okazały się przedwczesne. Wydaje się bowiem, że w Europie brakuje jedności, a rozdzielenie polityki monetarnej i fiskalnej w taki sposób, że kraje nie mają wpływu na pierwszą z nich, natomiast o drugiej decydują same okazało się być błędem. Europa z procesu quantitative easing nie wyjdzie w ten sam sposób jak Stany Zjednoczone, które od dłuższego czasu finansowane były przez kraje gospodarek wschodzących, w szczególności Chiny. Nie bardzo istnieje możliwość przerzucenia długu Strefy Euro w ten sam sposób na jakikolwiek kraj. Nie ma się więc co dziwić pojawiającym się pogłoskom (szybko dementowanym) jakoby Niemcy, czy Francja miały opuścić unię walutową.
| imie / nazwa: | |
| treść : | |